Skip to main content
Chiang Mai z dziećmi: nasz rodzinny dziennik

Chiang Mai z dziećmi: nasz rodzinny dziennik

Podróżowaliśmy z naszą dwójką dzieci, siedmio- i dziewięciolatkiem w tamtym czasie, przez osiem dni w Chiang Mai, i szliśmy w to ze skromnymi oczekiwaniami — głównie takimi, że spędzimy więcej czasu na opanowywaniu napadów złości niż na zwiedzaniu. Poszło lepiej, niż to, choć nie bez kilku dni, które wystawiły cierpliwość wszystkich na próbę. Oto szczera wersja, dzień po dniu, a nie najlepsze kadry.

Dzień 1-2: jet lag i rewizja naszych ambicji na pierwszy tydzień

Zarezerwowaliśmy nasze pierwsze trzy dni z pełną listą aktywności, co było optymistyczne, biorąc pod uwagę dziewięciogodzinną różnicę czasu i dwójkę dzieci działających na niemal zerowym śnie. Odrzuciliśmy większość tego. Dzień pierwszy to basen w hotelu i wczesna kolacja w naprawdę przyjaznej dzieciom restauracji blisko Starego Miasta, która miała prosty makaronowy dania, które oboje dzieci naprawdę skończyły, bez negocjacji. Lekcja wzięta z innych rodzinnych dzienników podróży, które czytaliśmy, ale nie w pełni przyswoiliśmy, dopóki tego nie przeżyliśmy: wbudujcie co najmniej jeden pełny dzień regeneracji przed czymkolwiek ambitnym, i nie czujcie się winni za „zmarnowany” pierwszy dzień, który tak naprawdę jest tylko regeneracją po jet lagu w przebraniu.

Dzień 3: sanktuarium słoni, które naprawdę zadziałało dla wieku naszych dzieci

To była aktywność, wokół której zbudowaliśmy całą podróż, i dostarczyła. Wybraliśmy półdniowe, małogrupowe sanktuarium konkretnie dlatego, że opcje całodniowe wyglądały na zbyt długi dzień jak na czas skupienia uwagi naszych dzieci, i dlatego, że było jasne co do braku jazdy, karmienia i obserwowania z bezpiecznej odległości zamiast. Oboje dzieci były w pełni zaangażowane przez cały czas — karmienie trzciną cukrową, obserwowanie słoni kąpiących się w rzece z brzegu, a nie w wodzie razem z nimi — i to był ten jeden dzień, kiedy nikt nie zapytał „czy już koniec?”. Czytaliśmy opisy kilku innych operatorów, którzy wspominali kąpiel-ze-słoniami jako element sprzedażowy, i celowo unikaliśmy tych, ponieważ nie byliśmy pewni bezpieczeństwa tej konkretnej aktywności przy małych dzieciach w pobliżu.

Małogrupowa wizyta w etycznym sanktuarium słoni

Dzień 4: zoo i nocne safari, które podzieliły rodzinę na pół

Czytaliśmy mieszane opinie o zoo i nocnym safari przed rezerwacją i podeszliśmy do tego ostrożnie. Nasz dziewięciolatek uwielbiał przejazd tramwajem nocnego safari przez zaciemnione wybiegi; nasza siedmiolatka uznała ciemność i dźwięki zwierząt za naprawdę niepokojące przez pierwsze dwadzieścia minut, zanim się rozluźniła. Jeśli wasze dzieci są młodsze lub łatwiej się płoszą, sugerowalibyśmy zrobienie dziennej wizyty w zoo zamiast, a nie dodatkowo do nocnego safari, ponieważ zrobienie obu w jeden dzień było więcej, niż którekolwiek z nich miało apetyt na koniec. Sama dzienna część zoo prawdopodobnie wystarczyłaby na satysfakcjonujący dzień, z perspektywy czasu.

Dzień 5: Grand Canyon Hang Dong i stanowcze nie dla skoków z klifu

Odwiedziliśmy Grand Canyon Hang Dong głównie dla pływania, nie dla skoków z klifu, z których to miejsce jest znane wśród starszych gości. Warto być tu bezpośrednim: to nieformalny dawny kamieniołom, a nie nadzorowany park wodny, a platformy do skoków to nic, do czego pozwolilibyśmy dzieciom się zbliżyć, niezależnie od wieku. Niższe obszary do pływania, z dala od stref skoków, były naprawdę przyjemne przez kilka godzin, ale obserwowaliśmy nasze dzieci uważnie i trzymaliśmy się z dala od krawędzi klifu przez całą wizytę. Szczerze rozważylibyśmy całkowite pominięcie tego przystanku dla rodzin z młodszymi lub bardziej rządnymi przygody dziećmi, które mogłyby nie respektować granicy między bezpiecznym obszarem do pływania a klifami powyżej.

Dzień 6: dzień w parku wodnym, który uratował energię podróży

Do dnia szóstego oboje dzieci opadały z sił na „kulturalnych” aktywnościach i były gotowe na coś czysto zabawowego. Grand Canyon Water Park, wybudowany, prawidłowo nadzorowany park wodny (odrębny od kamieniołomu powyżej, warto nie mylić tych dwóch), okazał się pojedynczym najlepiej przyjętym dniem całej podróży. Zjeżdżalnie, basen z falami, prawdziwi ratownicy — to był rodzaj prostego, niskostresowego zabawowego dnia, który resetuje morale rodzinnej podróży lepiej niż zrobiłaby to kolejna wizyta w świątyni. Szczerze przenieślibyśmy ten dzień wcześniej w plan podróży, gdybyśmy planowali go ponownie, mniej więcej w połowie, a nie blisko końca, żeby przełamać ciąg bardziej ustrukturyzowanych aktywności.

Bilet do Grand Canyon Water Park z opcjonalnym odbiorem

Dzień 7: świątynie, celowo krótkie

Zrobiliśmy okrojoną wersję Wat Phra Singh i Wat Chedi Luang, ograniczoną do jakichś czterdziestu minut łącznie, zamiast niespiesznej ponad godziny, którą wzięlibyśmy bez dzieci. Przedstawiliśmy im to jako polowanie na skarby — znajdź złotego Buddę, znajdź największą chedi — co utrzymało oboje zaangażowanych zamiast znudzonych, i szczerze poprawiło też nasze własne doświadczenie, zmuszając nas do zauważenia bardziej konkretnych detali, niż moglibyśmy na autopilocie. Mały notatnik, żeby mogli szkicować albo odhaczać rzeczy, okazał się naprawdę użytecznym rekwizytem, którego nie planowaliśmy z góry.

Dzień 8: objazd do Elephant POOPOOPAPER Park, który stał się highlightem

Niemal przy okazji zarezerwowana wizyta w Elephant POOPOOPAPER Park — gdzie odchody słoni są przetwarzane na produkty papiernicze, z praktycznym pokazem — okazała się niespodziewanym faworytem. Oboje dzieci były zafascynowane (i odpowiednio zniesmaczone) procesem, i wypełniło to slot na pół dnia między wymeldowaniem a naszym lotem, nie wymagając od nikogo zbyt wiele energii fizycznej, co miało znaczenie, biorąc pod uwagę, jak wszyscy byli zmęczeni ostatniego dnia.

Bilet wstępu do Elephant POOPOOPAPER Park

Gdzie się zatrzymaliśmy i dlaczego miało to większe znaczenie, niż się spodziewaliśmy

Zarezerwowaliśmy hotel z naprawdę użytecznym basenem i pokojem wystarczająco dużym na rozkładane łóżko, zamiast dzielonego pojedynczego łóżka, na rekomendację innego rodzinnego konta podróżniczego, które czytaliśmy, i była to jedna z lepszych decyzji podróży. Basen stał się naszą domyślną aktywnością „nie mamy innych planów i wszyscy są zmęczeni” w większości popołudni, a posiadanie faktycznej osobnej przestrzeni do spania dla dzieci oznaczało, że nasze własne wieczory nie były spędzane szeptem w ciemności, gdy już zasnęły. Nasz przewodnik po noclegach rodzinnych omawia, o co konkretnie pytać przed rezerwacją, poza samą liczbą gwiazdek.

Drzemki, czas wolny i harmonogram, przed którym nikt nie ostrzega

Pojedyncza największa zmiana, jaką wprowadziliśmy w połowie podróży, to wbudowanie prawdziwego bloku czasu wolnego każdego popołudnia, mniej więcej od 13:00 do 15:30, niezależnie od tego, co jeszcze było zaplanowane tego dnia. Oboje dzieci, nawet starsze, które technicznie wyrosło z regularnych drzemek w domu, potrzebowały jakiejś wersji cichego, niskostymulującego czasu we wczesnym popołudniowym upale, a dni, w których przepychaliśmy się przez to okno z większą liczbą zwiedzania, konsekwentnie kończyły się gorszymi wieczornymi nastrojami niż dni, w których je szanowaliśmy. Kosztowało nas to na papierze trochę czasu na zwiedzanie, ale to pojedyncza zmiana, która najbardziej poprawiła to, jak wszyscy, łącznie z nami, faktycznie czuli się każdego wieczoru przy kolacji.

Jedzenie: co naprawdę zadziałało dla wybrednych jedzącej

Żadne z naszych dzieci nie jest odważne kulinarnie, i martwiliśmy się o to bardziej niż niemal o cokolwiek innego przed wyjazdem. W praktyce proste zupy z makaronem bez widocznego chili, ryż smażony i grillowane szaszłyki z kurczaka były dostępne zasadniczo wszędzie, od ulicznych straganów po restauracje z obsługą kelnerską, i rzadko mieliśmy problem ze znalezieniem czegoś, co oboje dzieci faktycznie zjadłyby. Jedynym prawdziwym niewypałem było założenie, że danie „łagodne” w jednej restauracji będzie bezpieczne dla dzieci według naszych krajowych standardów; nie było, i nauczyliśmy się pytać konkretnie o chili, zamiast ufać własnemu oznaczeniu menu od łagodnego do ostrego. Nasz przewodnik po restauracjach przyjaznych dzieciom ma konkretne miejsca, które sprawdziły się dla nas, zamiast ogólnej porady „poproś o brak pikanterii”, która nie docenia, jak duża jest faktyczna różnica między kuchniami.

Co zaskoczyło nas w kwestii kosztów

Podróżowanie jako rodzina czworga okazało się tańsze, proporcjonalnie, niż zbudżetowaliśmy, głównie dlatego, że tak wiele atrakcji wycenia dzieci poniżej dwunastego roku życia na połowę stawki dorosłej lub mniej, i dlatego, że jedzenie uliczne i posiłki w zwyczajnych restauracjach dla dzieci często kosztowały naprawdę niewielki ułamek tego, co równoważny posiłek kosztowałby w domu. Naszym zdecydowanie największym pojedynczym wydatkiem był park wodny i połączenie z zoo w dniach z większą aktywnością, wciąż skromna suma w porównaniu z tym, co podobny dzień z dwiema aktywnościami kosztowałby w parku rozrywki gdzie indziej.

Co byśmy faktycznie zmienili następnym razem

Wbudowalibyśmy więcej dni regeneracji, niż wydawało się konieczne na papierze — adaptacja do jet lagu zajęła dłużej, niż planowaliśmy, a każdy dzień, który przeplanowaliśmy, kończył się jakąś wersją napadu złości. Przenieślibyśmy też sanktuarium i dzień w parku wodnym na wcześniej, ponieważ były konsekwentnie najwyżej energetycznymi, najlepiej przyjętymi aktywnościami, a bardziej spokojne wizyty w świątyniach i na targach zostawilibyśmy na kiedykolwiek, gdy cierpliwość dzieci była niższa. Po pełniejsze ramy planowania, łącznie z tym, jak pakowaliśmy i budżetowaliśmy, nasz przewodnik po Chiang Mai z dziećmi, przewodnik po rodzinnych jednodniowych wycieczkach i lista pakowania omawiają logistyczną stronę tego, czego nauczyliśmy się na trudniejszy sposób.